o. Romual Szczałba Krakowski Ojciec Pio

  • 22 listopada 2009

 

Tak o zmarłym 8 lutego br. kapucynie – o. Romualdzie Szczałbie OFMCap mówi ks. inf. Władysław Gasidło – proboszcz parafii św. Anny w Krakowie, gdzie znajduje się krakowski Konwent Kapucynów. O. Romuald nie miał tak, jak o. Pio daru bilokacji ani stygmatów. Był jednak, tak jak on znakomitym spowiednikiem i człowiekiem głębokiego ducha.

W dniu śmierci miał 93 lata. Urodził się w podkrakowskiej Luborzycy w 1915 r. Do oo. kapucynów wstąpił w 1931 r., a święcenia przyjął w trzecim dniu II wojny światowej. Wojnę spędził we Lwowie, w następnych latach duszpasterzował na Ziemiach Zachodnich, m.in. w Zabrzu-Mikulczycach, Gliwicach, Bytomiu, Nowej Soli. W 1951 r. został przeniesiony do Krakowa. Od tamtego czasu niemalże go nie opuszczał. W 2002 r. został mianowany „ojcem prowincji”. Większość czasu spędził w klasztorze przy ul. Loretańskiej. Jeżeli wychodził poza mury klasztorne, to głównie po to, by spowiadać w parafiach, u sióstr zakonnych oraz w seminarium.

Spowiednik
O. Romuald zyskał sobie sławę znakomitego spowiednika. Spowiadała się u niego, poza świeckimi, rzesza księży, w tym wysokich dostojników kościelnych z biskupami na czele. Dziennie pomagał ponoć ok. 30 penitentom. Zawsze znajdował dla nich czas. Ks. inf. Władysław Gasidło powiedział, że zmarły kapucyn potrafił zostawić wszystko, gdy poproszono go o spowiedź i nie opuszczał w takiej chwili tylko ołtarza. Dlaczego był tak cenionym spowiednikiem? – Był głęboko zakorzeniony w modlitwie kontemplacyjnej. Potrafił wziąć za jedną rękę Pana Boga, za drugą człowieka, połączyć je i sam zniknąć. Na nim nic się nie koncentrowało. Pan Bóg stał za tym, co on mówił – wspomina ks. Lucjan Bielas. Mówił zawsze w prostych słowach. Dzięki temu był rozumiany, nie zaciemniał spraw wiary. – To, co mówił to nie była mądrość o. Romualda, lecz Pana Boga, który przez niego działa – wspomina inny ksiądz. O. Jordan Śliwiński OFMCap w książce „Grzechy w kratkę” stawia o. Romualda obok św. Franciszka Salezego, jako wzór łagodności na spowiedzi. Była to oczywiście łagodność wobec człowieka, a nie pobłażliwość wobec grzechu. Zmarły kapucyn mawiał do penitentów: „Dziecko kochane, dobrze, że przyszedłeś”.

Przyjaciel
O. Romuald interesował się drugim człowiekiem. Na pytanie, dlaczego mawia do ludzi „dziecko kochane” odpowiedział w wywiadzie dla „Głosu Ojca Pio”: „Wierzę przecież, że wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi, i nie mówię tego z obłudy, bo rzeczywiście wszystkich kocham”. Interesował się drugim człowiekiem i jego sprawami. O. prowincjał Waldemar Korba OFMCap podczas kazania na pogrzebie o. Romualda powiedział: – Był prawdziwym bratem. Nie przepuścił żadnemu kapucynowi, który przyjeżdżał do Krakowa, lecz wypytywał o to, co w różnych naszych domach porabiają bracia, w jaki sposób duszpasterzują, co remontują. Zakonnik, choć nie musiał zajmować się sprawami parafii, w której mieszkał – zawsze o nią pytał proboszcza. Wykazywał ogromne zainteresowanie penitentem, po spowiedzi zawsze z nim rozmawiał, słuchał o ludzkich problemach i sukcesach. Słynna stała się już odpowiedź o. Romualda na pytanie w wywiadzie: jakie są jego zainteresowania. Odpowiedział: „Pan Bóg, dziecko kochane, Pan Bóg”, a po chwili dodał „Kochać i rozumieć innych ludzi”.

Święty?
Ks. inf. Władysław Gasidło pierwszy raz spotkał się z postacią o. Romualda, kiedy pracował w jego rodzinnej parafii w Luborzycy. Wspomina, że miejscowi uważali kapucyna za osobę świętą. Kiedy po śmierci o. Romualda zapytałem ks. Lucjana Bielasa, który przez 24 lata swojego kapłaństwa spowiadał się u niego, co czuje – odpowiedział mi: – Mam teraz orędownika w niebie, który tyle o mnie wie i w szczególny sposób troszczy się o moje najtrudniejsze sprawy. O świętości tego zakonnika i jego wielkim wpływie na duchowość Kościoła może także świadczyć fakt opisany w liście kondolencyjnym przez ks. kard. Mariana Jaworskiego: „W 1997 r. otrzymałem od niego list. Noszę go stale w brewiarzu i stanowi on dla mnie drogowskaz”.
Po śmierci o. Romualda w klasztorze panowała niezwykła atmosfera. W dniu pogrzebu można było pomodlić się w kaplicy loretańskiej nad otwartą trumną z ciałem kapucyna. Wielu braci zakonnych płakało, choć jednocześnie radowało się, że przecież o. Romuald znajduje się teraz w lepszej rzeczywistości. Przypominało to przyjacielski płacz Jezusa po śmierci Łazarza. Odczuwało się, że modlitwa zaniesiona wtedy do Boga jest od razu wysłuchiwana. Jeszcze raz o. Romuald wziął Boga za jedną rękę, człowieka za drugą, połączył je a sam zniknął.

Niedziela Małopolska 9/2008 z dnia 2 marca

Autor : Marcin Konik-Korn